(„Kurs wspinaczki skalnej” w Górach Sokolich) – od 31.07.2017 r. do 05.08.2017 r.

Relacja z jednej z największej przygody mojego dotychczasowego życia, czyli „Kursu wspinaczki skalnej” realizowanego przez Dolnośląską Szkołę Wspinaczkową mającą swoją siedzibę w schronisku „Szwajcarka” w Górach Sokolich.

Od mniej więcej dwóch lat chodził mi po głowie kurs wspinaczki skalnej. Mając już troszeczkę doświadczenia ze wspinania na wędkę na ściance wspinaczkowej oraz jednego dnia spędzonego na Kruczych Skałach w Karpaczu, chciałem postawić kolejny krok w tej pięknej przygodzie jaką jest wspinanie. Od dłuższego czasu przeglądałem różne oferty organizacji zajmujących się takimi kursami. Najbardziej pasowała mi oferta Dolnośląskiej Szkoły Wspinaczki w Górach Sokolich, do których nie miałem zbyt daleko.

Wymieniłem z tą organizacją kilka e – maili, aby rozwiać wątpliwości które mi się nasunęły i gdy miałem już to za sobą postanowiłem, że skorzystam z jej oferty i zapiszę się na 6 – dniowy kurs wspinaczki skalnej.

Dzień 1. (31.07.2017 r.)

Jako, że musiałem spędzić aż 6 dni z rzędu poza domem codziennie poddając się wysiłkowi fizycznemu, kupiłem duży zapas jedzenia, który wraz z innymi rzeczami zajął mi 1 duży plecak 58 – litrowy i mniejszy 34 l. Jako że z dwoma ciężkimi plecakami na raz chodzi się bardzo niewygodnie, a jadąc pociągiem musiałbym potem pokonać ok. 50 min marszu pod górę z tym balastem, postarałem się o podwózkę na Przełęcz Karpnicką. Z niej miałem już tylko ok. 20 minut podejścia, więc zdecydowanie lepiej niż opcja z pociągiem.

Na miejsce zbiórki przyjechałem z 40 minut wcześniej, aby po podejściu z dużym obciążeniem móc odpocząć i coś zjeść.

O 10:00 zaczynam przygodę życia. Jednocześnie witam się z innymi kursantami, którzy tak jak ja zdecydowali się na ten kurs. Jest nas 6 osób. Dnia 4 – tego jeszcze dołączy do nas koleżanka, która robi II stopień kursu, czyli wspinanie na własnej asekuracji. Ja robiąc pełny kurs wspinaczki skalnej mam zarówno wspinanie po drogach ubezpieczonych na stałe jak i potem wspinanie na asekuracji własnej. Taki pakiet wszystko w jednym :).

Na swoim kursie mamy dwóch instruktorów. Nazwisk nie będę wymieniał, ale powiem tylko tyle, że to są naprawdę wspaniali ludzie, którzy nie tylko świetnie szkolą w zakresie wspinaczki, ale też budują niepowtarzalną atmosferę na kursie. Bez nich kurs na pewno nie wyglądał by tak ekstra :).

Dnia pierwszego idziemy na grupę skalną o nazwie Sukiennice. Tam oraz na pobliskich skałkach jak Chatka, czy Michały uczymy się wspinaczki na wędkę (najprostszy sposób wspinania) oraz od razu asekuracji partnera :O. Oczywiście najpierw omawiamy podstawowy sprzęt osobisty oraz uczymy się dowiązywać linę do uprzęży. Jeśli chodzi o przyrząd asekuracyjny na którym się szkolimy jest to: Reverso 4, firmy Petzl. Jest  to przyrząd służący za równo do asekuracji jak również do zjazdów – 2 w 1. Dlatego też można go wykorzystywać jako jeden przyrząd uniwersalny zamiast dwóch osobnych.

Po teorii przychodzi czas na praktykę. Robimy kilka dróg dochodzących do IV +. Na początek warto robić coś łatwego, aby wczuć się we wspinaczkę skałkową i oswoić się ze sprzętem.

Co prawda nie mam wielu zdjęć z kursu, ale to co mam mogę pokazać. Pierwsze z nich prezentuję komin na Sukiennicach, który to słynna polska himalaistka Wanda Rutkiewicz zrobiła „na żywca” :O podczas jednego z pierwszych pobytów w skałkach. Ja przyznam szczerze z pełną asekuracją bym się bardzo bał robić ten komin, ale jako cel na przyszłość jak najbardziej kiedyś spróbuję (oczywiście asekuracja ponad wszystko 🙂 ).

Słynny komin na Sukiennicach

Inne ze zdjęć prezentuję krzyż, który został postawiony na pamiątkę cudownego ocalenia jednej z kursantek, która przeżyła upadek z wysokości. Wiedziałem o istnieniu tego krzyża, ale nie wiedziałem dokładnie w którym miejscu się on znajduję (czy w ogóle jeszcze jest). Dzięki kursowi wspinaczki skalnej teraz wiem. Kurs ten nie tylko dał mi wiedzę o wspinaniu, ale również poszerzył ją w zakresie krajoznawstwa Gór Sokolich o tematyce wspinaczkowej. Pamiętam dyskusję ze swoim instruktorem, który mówił, że krzyż ten to trochę samowola budowlana. Ja w obronie krzyża (bez skojarzeń 🙂 ) powiedziałem, że puszki szczytowe, znajdujące się na niektórych skałkach też trochę nią są. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że mój instruktor jest jedną z osób, które podejmowały działania, aby takie puszki jak ze starego zwyczaju wróciły na swoje miejsce. Oczywiście teraz popieram inicjatywę ;).

Krzyż na pamiątkę ocalenia wspinaczki

Dzień 2. (01.08.2017 r.)

Dzień drugi kursu to wspinanie sportowe, czyli na drogach ubezpieczonych w stałe punkty asekuracyjne, do których wpina się ekspresy. Udajemy się na Zipserową Czubę, niedaleko Sokolika Dużego. Grupa skalna została na nowo oczyszczona i ubezpieczona jakieś 5 – 6 lat temu. Drogi, które czekają na nas tego dnia mają po 20 metrów długości. Na pierwszy rzut oka robią na nas super wrażenie. Subiektywnie dla mnie są to jedne z dróg, które najlepiej wspominam z kursu i chętnie na nie wrócę w przyszłości.

Po teorii pod ścianą zaczynamy wspinaczkę. Wspinanie na Zipserowej Czubie naprawdę daje nam dużo radości. Jest mega przyjemne.

Po pokonaniu pierwszej drogi wycenianej na IV idę się zmierzyć z drogą o wycenie V. Po próbach moich poprzedników (nie zawsze udanych) podejmuję swoją próbę. Niestety droga na ten moment pozostaje poza moim zasięgiem. Po walce lub też nie (wg różnych opinii) droga pokonuję mnie. Jakoś mam tak w życiu, że nie lubię przegrywać i mogę tylko powiedzieć, że wrócę na tą drogę w przyszłym sezonie (lato 2018) i ją pokonam :). Myślę, że to będzie mój jeden z  głównych celów na następny sezon wspinaczkowy.

Dzień 3. (02.08.2017 r.)

Następnego dnia (trzeciego dnia kursu) wracamy na Sukiennice. Zaczynamy od nauki osadzania własnej asekuracji (kości, hexów, friendów, pętli). Po teorii powtarzamy drogi z dnia pierwszego, tym razem wspinając się na asekuracji własnej i mieszanej (własna + ekspresy).

Na jednej z dróg mam groźne odpadnięcie. Sprawdzam na sobie jak ważny jest pierwszy przelot, który może zadecydować o skutkach odpadnięcia. Po rozpoczęciu wspinaczki razem z instruktorem osadzamy frienda w szczelinie. Siedzi mocno. Idę dalej i docieram do pierwszego trudniejszego momentu (3 – 4 metry nad ziemią). Niestety odpadam. Partner w ostatniej chwili wyłapuję mój lot. Na szczęście osadzony friend wytrzymuję odpadnięcie i zawisam z 0,5 – 1 metr na ziemią. Teraz mogę powiedzieć, że z autopsji wiem jak ważny jest pierwszy przelot. Jeżeli by go nie było lub nie wytrzymał by odpadnięcia i wyleciał razem ze mną to mój lot skończył by się na ziemi. A tak nic mi się nie stało i wspinam się dalej :). Potem instruktor się mnie pytał – „Jak się latało”?. Bardzo fajnie :).

Dzień 4. (03.08.2017 r.)

Czwarty dzień kursu to drogi wielowyciągowe. W Górach Sokolich można robić maksymalnie 3 wyciągi. 1 wyciąg to długość drogi, którą można pokonać na 1 długość liny (wliczając długość liny potrzebą na asekurację partnera wspinającego się „na drugiego”). Trzeba wtedy zakładać stanowiska pośrednie, które można powiedzieć „odnawiają” nam długość liny, co pozwala na wspinanie na bardzo długich drogach.

Udajemy się na Krzywą Turnie, sąsiadkę Sukiennic. Mi i partnerowi o liny przydzielona zostaje droga „Żubr”. Droga wyceniana na III +, ale dwuwyciągowa. Oczywiście do tego dochodzi ekspozycja, czyli przepaście, wysokość powietrza pod nami :). Powoduję to, że nie tylko walczymy z trudnościami ściany, ale też z lękami – lęk przed upadkiem itd. Mi niestety oswajanie z wysokością nie szło za dobrze. Będąc kilkadziesiąt metrów nad ziemią ciężki mi opanować strach przed wysokością. Jednak moi instruktorzy byli na tyle super, że z nimi było o to zdecydowanie łatwiej. W pamięci mej zostały różne rozmowy ze stanowisk z instruktorami :).

Na szczycie Krzywej Turni znajduję się jedna z puszek szczytowych z zeszytem i długopisem, do których można się wpisać po pokonaniu drogi, co i ja uczyniłem z datą 03.08.2017r. Jak ktoś kiedykolwiek będzie się wspinał na Krzywą Turnie zawsze może mnie znaleźć w zeszycie :).

Autor na drodze „Żubr” III +, Krzywa Turnia

Droga „Żubr” również bardzo zapadła mi w pamięć i pomimo swojej ekspozycji różniej jest na mojej liście do powtórzenia.

Dzień 5. (04.08.2017 r.)

Dzień nr 5. to grupa skalna „Krzyżna Skała”, czyli skałka ze szczytem Krzyżnej Góry, ze słynnym 7 – metrowym, żeliwnym krzyżem.

Nazwy drogi, którą robiłem nie pamiętam, ale pamiętam, że stanowisko pośrednie było stworzone z własnej asekuracji (osadzane przez mojego partnera z nadzorem instruktora). I co ciekawe nie było zrobione na jakieś wygodnej półce, tylko w ścianie, a pod nim kilkanaście metrów powietrza :O. Powiem szczerze, że pomimo solidnego osadzenia punktów, z których zbudowane było stanowisko pośrednie, to bałem się na nim jak cholera. Szczególnie jak mój partner wspinał się wyżej i troszkę szarpał linę przechodzącą przez to stanowisko. Było takie wrażenie, że może zaraz wyrwać punkty ze stanowiska, co by oznaczało lot na samą ziemie. Kto by był spokojny w takiej sytuacji :O ?

Druga sprawa, tym razem pozytywna. Krzyżna Góra to dla mnie pierwszy szczyt, na który mam wejście zarówno szlakiem turystycznym jak i drogą wspinaczkową. Fajne doświadczenie :). A potem był zjazd ze stanowiska, które było krzyżem :).

Tego dnia udaliśmy się jeszcze nieopodal na skałkę Sokolec (nazwa od zamku, który tam kiedyś istniał). Tam droga Juliet. Nazwa nieprzypadkowa, ponieważ obok jest droga „Romeo” :). Trudność „Juliet” wyceniana na V. Idę „na drugiego”, choć wiem że droga o tej trudności pokonała mnie drugiego dnia kursu i sam nie wiem, czy jestem w stanie ją zrobić. Podejmuję próbę i po walce przechodzę ją. Jest to jedyna droga V – owa, którą pokonuje na kursie. Powiedziałbym, że jestem na ten moment w stanie robić drogi o trudności V, ale raczej łatwiejsze. Droga z dnia drugiego wg mnie była drogą V – ową z trudniejszego pułapu.

Dzień 6. (05.08.2017 r.)

Ostatni dzień, to Sokolik Duży i Mały oraz pobliskie skałki. Sokolik Mały to drogi mające nawet 65 metrów długości. Ja jestem przydzielony na drogę „Czołg” na Sokolik Duży o długości 35 metrów. Droga o trudnościach IV i dwóch wyciągach. Bardzo fajna droga, która zaczyna się malutkim kominkiem, a stanowisko pośrednie zakładane jest w malutkiej jaskini, przez którą trzeba się dosłownie przecisnąć (przeczołgać – skąd nazwa drogi „Czołg”).

Pod koniec drogi jest łatwy moment, gdzie widać stopnie na nogi i wchodzimy po nich na półeczkę, gdzie powyżej jest koniec drogi. Mimo, że stopnie są ewidentne w pierwszej chwili boje się na nie wejść, a to dlatego że pod nimi 30 metrów powietrza. Myślę sobie więc tak, że ten moment muszę pokonać płynnie, inaczej znowu będę stał w jednym miejscu i panikował. Wchodzę więc na nie szybko i płynnymi ruchami pokonuje ten moment. Widać, że stać mnie na opanowanie lęku, ale muszę jeszcze nad nim wiele pracować. Sokolik Duży to kolejny dla mnie szczyt pokonany zarówno drogą wspinaczkową jak i szlakiem turystycznym. W głębi serca marzyłem o wejściu na Sokolik Mały, ale widocznie jeszcze będę musiała niego poczekać. Szczególnie, że jedna z dróg na niego prowadzących to piękna rysa zwana „Rysą Tota. Jest to trudna piątka, ale na tyle przyciągająca swój wzrok, że taki adept wspinaczki jak ja od razu marzy o jej pokonaniu. Kto wie, może w przyszłości mi się to uda? W każdym razie będzie to jeden celów na przyszłość :).

Podsumowanie

6 dni intensywnego wspinania to trochę mało aby w pełni opanować wszystkie czynności wykonywane na stanowisku. Trzeba jeszcze dużo ćwiczyć aby nabrać wprawy i pewności w tym co się robi. Szczególnie, że od każdej naszej decyzji będzie zależeć nasze zdrowie i nawet życie. Dlatego też ważne jest wybieranie celów i stylów wspinaczki rozsądnie i zgodnie z naszymi umiejętnościami. To na pewno będę w 100 % brał pod uwagę.

Najważniejsze jest to, że kurs nie był moją ostatnią przygodą ze wspinaniem i wiąże z nią swoje przyszłe życie. Oczywiście najpierw muszę zarobić trochę kasy na sprzęt, co potrwa, ale tak jak mówię: wiem, że jeszcze wrócę!!! :).

PS

Jakiś czas po kursie wspinaczki skalnej dostałem wiadomość, że w listopadzie Dolnośląska Szkoła Wspinaczki organizuję dla swoich klientów (czyli również mnie) weekendowe zakończenie sezonu wspinaczkowego na Jurze Krakowsko – Częstochowskiej, a dokładnie w Rzędkowicach (Jura Północna). Nie sądziłem, że tak szybko wrócę do wspinania, a jednak :). Oczywiście wybieram się na Jurę. Namówiłem również mojego kolegę od liny z kursu na wyjazd. Kurs jak widać to nie tylko nauka wspinaczki, ale nowe przyjaźnie i szlifowanie pracy w zespole, gdzie jesteśmy odpowiedzialni za coś najcenniejszego, czyli życie.

Do zobaczenia w górach, skałach i blogu ;).

Reklamy