Praděd (1491 m.), Slunečná (800), Lázek (714 m.), Jeřáb (1003 m.), Śnieżnik (1424 m.) – 01 – 04.08.2016 r.

Tak jak zapowiadałem już w jednym ze wcześniejszych wpisów chciałbym tego lata zrealizować 3 duże wyprawy górskie. W dniach 13 – 14.07.2016 r. udało mi się zakończyć sukcesem wyprawę „Babia Góra North Side Expedition 2016”, na której to zdobyłem najwyższy szczyt Beskidów Zachodnich – Babią Górę (1725 m n. p. m.), najtrudniejszym szlakiem w całych Beskidach – Percią Akademików. Pozostałe dwie wyprawy do zrealizowania to: „Příčný vrch & Smrk” oraz „Sudety East Expedition 2016”. Celem drugiej jest wejście na dwa szczyty z Korony Sudetów wymienione w jej nazwie. Zaś celem trzeciej wyprawy było wejście na pięć szczytów z Korony Sudetów w ciągu trzech dni po sobie.

Ze względu kilka problemów wynikających m.in. z wprowadzeniem czasowych kontroli granic oraz brakiem połączenia autobusowego na jednym z odcinków planowanej trasy w określonym czasie, postanowiłem wyprawę nr 2 „Příčný vrch & Smrk” zamienić w kolejności realizacji z wyprawą nr 3 „Sudety East Expedition 2016”.

Dlatego też w ostatnich dniach podjąłem się realizacji wyprawy nr 3. Poniżej możecie przeczytać z niej relację. Została ona podzielona na dni wyprawy, aby łatwiej było ją przeczytać. Zapraszam gorąco do lektury 🙂 .

DZIEŃ 0. – 31.07.2016 R. (NIEDZIELA)

Moja wyprawa miała zacząć się dopiero 01 sierpnia, lecz ze względu na brak możliwości wstawienia się wcześniej rano we Wrocławiu (tam pierwszy pociąg), musiałem dzień wcześniej, czyli 31 lipca dotrzeć do Wrocławia i tam spędzić jedną noc. W tym celu wystosowałem prośbę do znajomego, a ten z wielką serdecznością przystał na moją propozycję. Można powiedzieć, że dzięki niemu ta wyprawa mogła w ogóle ruszyć. Chwała mu za to 🙂 .

Zgodnie z planem przyjechałem do Wrocławia już 31 lipca (niedziela) wieczorem. Potem dojazd komunikacją miejską do miejsca noclegu. Tam zapoznałem się od razu z rozlokowaniem przystanków tramwajowych i autobusowych, abym wiedział rano, w którym miejscu mam wsiąść w celu dojazdu do dworca kolejowego Wrocław Główny. Będąc już na miejscu zostałem przyjęty z wielką gościną. Została mi przyrządzona kolacja. Choć muszę dodać, że prowiant na ten dzień miałem swój, ale to miłe ze strony gospodarza. Po zjedzonej kolacji trzeba było wcześniej się położyć spać, aby złapać trochę godzin snu, ponieważ nawet takie szczegóły mogą potem przełożyć się na sukces wyprawy. Ostatecznie spałem 5 godzin.

DZIEŃ 1. – 01.08.2016 R. (PONIEDZIAŁEK)

Pobudka rano już o godz. 04:00. Powolne wstawanie, dobudzanie organizmu i skromne śniadanie. Po godz. 05:00 jadę już na dworzec kolejowy. Tam zapoznaję się z peronem odjazdu mojego pociągu i czekając na niego dojadam jeszcze resztki śniadania. O godz. 06:07 odjeżdżam pociągiem do granicznej, czeskiej miejscowości Lichkov. Na początku jestem lekko zdezorientowany, czy faktycznie wsiadłem do odpowiedniego pociągu. Jednak po chwili to zdezorientowanie mija i nie martwiąc się już niczym rozpoczynam swoją 4 – dniową wyprawę. Sam jestem ciekaw jak to będzie, ponieważ moje najdłuższe wyprawy trwały do tej pory max. 2 dni, a teraz aż 4. Ale cóż tak widocznie trzeba było zrobić.

W trakcie przejazdu pociągiem przesiadamy się na zastępczą komunikację autobusową, ponieważ trwają pracę remontowe torowiska. Nie ma to dla mnie większego znaczenia. Ważne, aby dotrzeć do miejsca docelowego na czas. Po przejechaniu kilku miejscowości zmieniamy po raz kolejny nasz środek transportu na pociąg i już bezpośrednio docieramy do Lichkova. Co prawda mam bilet tylko do Miedzylesia, czyli miejscowości granicznej z Lichkovej, ale nie ma problemu z dokupieniem w międzyczasie tzw. „przejściówki” uprawniającej do przejazdu pociągiem przez te graniczne miejscowości. Irytuje mnie tylko cena takiej przejściówki, bo za raptem jeden przejechany przystanek graniczny trzeba zapłacić 6 zł. za bilet. Wiem, że ta cena nie powala, ale jeżeli bilet który macie z Wrocławia do Międzylesia kosztuje tylko niespełna 12 zł. (zniżka studencka), to koszt przejściówki stanowi ponad 50 % ceny w porównaniu do tego biletu. Dziwne trochę, nie?

Po dotarciu do Lichkova mam, aż 2,5 h do autobusu, który zabierze mnie do Jeseníka. Takich przesiadek będzie na wyprawie dużo, jednakże dzięki temu będę mógł dotrzeć w miarę możliwości jak najbliżej bazy wypadowej na poszczególne szczyty.

Po opuszczeniu pociągu udaję się na przystanek autobusowy, z którego pojadę w dalszą podróż. Nazywa się on Lichkov, ObÚ i jest tak fajnie obudowany, ale też i trochę poniszczony. Sprawdzam tam rozkłady jazdy i nie widzę swojego połączenia. Na szczęście naprzeciwko przystanku stoi tzw. „Obecni Urad” – coś jak urząd miasta, wsi itp., a na jego budynku zielony znak informacji turystycznej. Mając dużo czasu udaję się tam i zasięgam właśnie informacji dot. mojego połączenia. Na szczęście język czeski jest bardzo podobny do polskiego i zrozumiały w taki sposób, że większość z wypowiedzi Czechów jest dla mnie jasna. Pracujący tam Pan jest bardzo miły i drukuję mi połączenia autobusowe z Lichkova, ObÚ do Jeseníka. Wg nich połączenie funkcjonuję i autobus przyjedzie na pewno. W takim razie idę poczekać na ławce przy urzędzie i jeść drugie śniadanie. Ten miły Pan tłumaczy mi dodatkowo, w którą stronę jest Jeseník i miejsce podjazdu mojego autobusu jest właśnie po stronie gdzie stoi urząd. Naprawdę cenna dla mnie wskazówka. Tylko co robić przez ponad 2 h na wsi? Nie jest to proste, ale znajduję na to receptę. Przyglądam się pracy mieszkających tam na kominie bocianów. Tak bociany to nasi rodacy – Polacy 🙂 . Przebieram także w pobliskim obudowanym przystanku autobusowym spodnie na cieplejsze, ponieważ obawiam się nie najlepszej pogody po południu jak będę atakować swój pierwszy szczyt na wyprawie.

Lichkov - Obecni Urad (Urząd)

Lichkov – Obecni Urad (Urząd)

Lichkov - gniazdo bocianów

Lichkov – gniazdo bocianów

I tak zlatuje mi ten długi czas oczekiwania. W końcu wybija godzina przyjazdu mojego autobusu, ale mijają kolejne minuty i go nie widać. Mija tak 10 – 15 minut i myślę sobie, że jeszcze z 15 minut i jedynym sposobem wydostania się z tego miejsca będzie autostop. Po 20 minutach staję się cud. Autobus do Jeseníka przyjeżdża. Okazuję się, że jest bardzo przepełniony. Dla mnie najważniejsze jest w tej chwili, aby w ogóle dotrzeć do Jeseníka, więc nie ma problemu dla mnie, że stoję połowę drogi, zamiast wygodnie siedzieć. Tuż po 13:00 melduję się w Jeseníku.

W Jeseníku kolejne dłuższe oczekiwanie na kolejny autobus. Tym razem do Karlovej Studánki, dolní parkoviště. W Jeseníku od razu dowiaduję się, z którego stanowiska odjedzie mój autobus. I tym razem, aby zabić nudę oczekiwania czytam ogólnodostępne czeskie gazety na dworcu autobusowym. Jak wiadomo dla Polaka czeski język jest bardzo śmieszny, także nie jest najgorzej 🙂 . Punktualnie o 14:45 wyjeżdżamy do Karlovej Studánki, która jest bardzo ładnym uzdrowiskiem. Wysiadam na ostatnim przystanku i czekam po raz kolejny na ostatni tego dnia transport. Tym razem jest to Malá Morávka, Ovčárna točna. Jest ot przystanek, który podwozi pasażerów w około 3,8 km drogi (1, 23 h –  uśredniony czas przejścia) od szczytu Praděd (1491 m n. p. m.). Od niego właśnie zacznę próbę zdobycia 5 szczytów z Korony Sudetów w ciągu trzech dni. Nie tylko jest on najwyższym szczytem na tej mojej wyprawie, ale również i całych Sudetów Wschodnich oraz drugim co do wysokości do zdobycia w Koronie Sudetów (po Śnieżce). Zdobycie go jest wyzwaniem, ponieważ czuję do niego wielki szacunek i pokorę. Wiem, że na tej wysokości przy złej pogodzie może być ciężko, dlatego też podchodzę do jego zdobywania zupełnie skoncentrowany. Dopytuję tylko kierowcę, czy faktycznie jest to przystanek pod Pradědem i rzeczywiście tak jest.

O samym zagospodarowaniu szczytu oraz jego okolicach mogę powiedzieć tylko jedno – maksymalna komercjalizacja. Po drodze na szczyt, idąc cały czas asfaltem podziwiam na początku w pobliżu Petrovy kameny (1438 m n. p. m.), przejeżdżających co jakiś czas rowerzystów w obu kierunkach, a nawet i tu ciekawostka – ludzi na specjalnych hulajnogach. Tak na szczyt Praděd można wjechać i zjechać wypożyczoną przy trasie hulajnogą.

Hulajnogi do wypożyczenia w okolicy U Barborky

Hulajnogi do wypożyczenia w okolicy U Barborky

Petrovy kameny (1438 m n. p. m.) - widok z okolic Sporthotelu Kurzovni (1)

Petrovy kameny (1438 m n. p. m.) – widok z okolic Sporthotelu Kurzovni

Mijam powoli kolejne drogowskazy. Najpierw U Barborky (1310 m n. p. m.), potem źródełko z rzeźbą żaby, a także niedaleko szczytu także i Tabulově Skalý.

Ujęcie wody oraz rzeźba z wizerunkiem żaby - okolice U Barborky

Ujęcie wody oraz rzeźba z wizerunkiem żaby – okolice U Barborky

Tabulově Skalý - widok ze szlaku na Praděd

Tabulově Skalý – widok ze szlaku na Praděd

Jestem już niedaleko szczytu. Potężna 145, 5 metrowa wieża z hotelem i restauracją (przed wymianą iglicy 162 m.) zbliża się do mnie coraz bardziej. Wiem, że już za chwilę stanę na swoim 16. szczycie do Korony Sudetów. Jeszcze ostatnie ujęcie przed wejściem na szczyt i atak szczytowy kończy się sukcesem. Na szczycie wspomniana wcześniej wieża, figurka przedstawiająca postać Pradziada (patrona – imiennika tego szczytu) oraz widoki. Pomyślałem sobie, że są dwa razy rozleglejsze niż na Szrenicy (1362 m n. p. m.) w Karkonoszach. A teraz powiedziałbym, że nawet i pięciokrotnie większe. Nastawiałem się, na dostrzeżenie ze szczytu Tatr. Jednak aż tak horyzont nie jest wyraźny, ale mimo to jestem w stanie uwierzyć na słowo, że dostrzeżenie Tatr ze szczytu Praděda (1491 m n. p. m.) jest możliwe. Kto wie, może następnym razem się uda 🙂 ?

Mój czas wejścia na szczyt Praděda (1491 m n. p. m.) jest również zadowalający. Przewidywałem, że wejście zabierze mi coś ponad 1 h. Jednak o dziwo udało mi się złamać granice jednej godziny i dokonałem wejścia w przeciągu 52 minut (16:19 – 17:11). Jest to moje kolejne, osobiste wejście w stylu szybkim.

Praděd - okolice podszczytowe

Praděd – okolice podszczytowe

Praděd (1491 m n. p. m.) - rzeźba z wizerunkiem Pradziada

Praděd (1491 m n. p. m.) – rzeźba z wizerunkiem Pradziada

Ja na Praděd (1491 m n. p. m.) oraz figurka Pradziada

Autor na szczycie Praděd (1491 m n. p. m.) oraz figurka Pradziada

Widok ze szczytu Praděd (1491 m n. p. m.) (2)

Widok ze szczytu Praděd (1491 m n. p. m.) (2)

Widok ze szczytu Praděd (1491 m n. p. m.) (3)

Widok ze szczytu Praděd (1491 m n. p. m.) (3)

Widok ze szczytu Praděd (1491 m n. p. m.) - Masyw Śnieżnika

Widok ze szczytu Praděd (1491 m n. p. m.) – Masyw Śnieżnika

Na szczycie Praděda (1491 m n. p. m.) wstąpiłem na chwilę do restauracji przybić pieczątkę do książeczki. Nie zamawiałem nic do jedzenia bo ceny dla mnie jak z kosmosu, co oczywiście rozumiem doskonale 🙂 . Co do pogody na szczycie to trochę się chmurzyło, ale było ok. Lekki wiatr był odczuwalny, ale to normalne dla takich szczytów jak Praděd (1491 m n. p. m.).

Przy zejściu ze szczytu, po jakiś 100 metrach uświadamiam sobie, że jeszcze 3 dni będę musiał spędzić na wyprawie, z dala od rodzinnych stron, bez możliwości bezpośredniego kontaktu z najbliższymi. Powiem tylko tyle, że w podróży można wytrzymać bardzo długo z dala od domu itp., ale łatwiej się to znosi, gdy jesteśmy chociażby z jednym znajomym podczas takiej wyprawy. Samemu da się wytrzymać, ale jest to zdecydowanie trudniej. Ta sytuacja trochę mnie podłamuję. Mam do siebie pretensję, że sam przecież wybrałem sobie taki sposób wypraw. Przecież nikt by nie chciał jechać gdzieś daleko z 10 przesiadkami po drodze. Umiejętność wytrzymania takich warunków cechuję ludzi silnych.

Przy zejściu asfaltem ze szczytu jestem świadkiem zjeżdżania ludzi rowerem z samej góry, jak z maksymalną prędkością. Czy to rozważne?. Raczej nie, skoro za moment mija mnie taki rowerzysta, a na przeciwko niego wyjeżdża zza zakrętu samochód. Tylko cud sprawia, że nie dochodzi do zderzenia.

Po jakimś czasie udaję mi się uspokoić, ale tylko na pewien okres czasu, ponieważ za jakiś czas znowu myślę o najbliższych. Wmawiam sobie, że mogę już ich nie zobaczyć. Wszystko to przez tęsknotę, która jest chyba najgorszą rzeczą z jaką człowiek musi się mierzyć.

Co do planów noclegu w pierwszy dzień wyprawy, to miałem ze sobą namiot, w celu przyoszczędzenia pieniędzy na tej wyprawie. W końcu to 4 dni i koszty wyprawy nie są zbyt niskie. Jednak tam, gdzie chciałem spędzić nocleg w namiocie nie za bardzo legalnie można wchodzić. Przed zboczeniem ze drogi w to miejsce zdecydowałem się zrezygnować z takie planu z kilku powodów. Po pierwsze legalność miejsca noclegu. Po drugie zapowiadało się, ze może trochę w nocy popadać, a ja nie chciałem potem chodzić z mokrym namiotem. Po trzecie też nie chciałem potem, gdy jeszcze będzie ciemno go składać. A po czwarte trzeba jeszcze się odważyć spędzić samemu noc w namiocie w środku lasu. Są osoby, które mają na swoim koncie wiele dzikich noclegów w namiotach, lecz zazwyczaj nie są same, a np. w dwójkach. W taki sposób łatwiej przełamać strach takiego noclegu. A jak byłem sam, więc proszę zrozumieć dlaczego tego nie zrobiłem i zdecydowałem się na inną formę noclegu o której za chwilę. Innym ważnym czynnikiem wyboru miejsca noclegu, było bliskość przystanku autobusowego, z którego rozpocznę kolejny dzień podróży.

Po dłuższym czasie przeszedłem cały asfalt prowadzący na Praděda i dotarłem do pętli autobusowej Karlova Studánka, Hvězda aut.st. Z tego miejsca miałem kolejny autobus. Jednak był on dopiero o godz. 04:20 dnia następnego. Teoretycznie kolejny miałem o godz. 04:40 i jechał on krótszą trasą, ale akurat tym razem wolałem jechać dłuższą. O tym za chwilę.

Tak, więc jestem na tej pętli autobusowej i myślę co dalej z noclegiem. Na mapie nie ma nigdzie zaznaczonej ikony pola namiotowego ani campingu. Niedobrze. Szukam miejsca gdzieś w pobliskich lasach na rozbicie namiotu, ale tam też nie ma takiego (dla samotnie podróżującej osoby, której by nikt nie okradł itp.). A z każdą kolejną minutą robi się coraz ciemnej.  Znajduję się na wysokości ponad 800 m n. p. m.). Stoję przy przystanku autobusowym zupełnie bezradny. Nie mam więcej pomysłów na nocleg. Podejmuję teraz bardzo ważną dla siebie decyzję. Będę biwakował bez rozkładania namiotu i spróbuję do przyjazdu autobusu nie zmrużyć oka, aby nikt mnie nie okradł itp. Idę pod daszek jakiegoś straganu sprzedającego sery czy coś, przy pętli autobusowej. I stoję tak do 01:00 w nocy. Wiem, że jak usiądę albo się położę to zapewne zasnę. W nocy, gdy jest ciemno wyobraźnia pracuję na wyższych obrotach. Wszystko dookoła wydaje się straszniejsze. I tak jest i tutaj. Jednak ta pętla autobusowa to naprawdę ciche miejsce w nocy i tylko od czasu do czasu przejedzie obok jakiś samochód. Dodatkowo w pobliżu mnie świeci latarnia, także mam źródło światła i nikt mnie raczej nie powinien tej nocy zaskoczyć. W nocy obserwuję również niebo. Jest na nim tyle gwiazd, jakby było widać wszystkie konstelacje. Nigdy wcześniej w jednym momencie nie widziałem tylko gwiazd na niebie. Naprawdę piękny widok. Czuję się jak himalaista Lionel Terray, który widzi niebo z gwiazdami podczas atakowania Everestu. Po godz. 01:00 decyduję się rozłożyć na ziemi karimatę. Po dłuższej obserwacji okolicy stwierdzam, że nikt do mnie nie przyjdzie, więc o kradzież itp. Nie powinienem się martwić. Wyciągam także i śpiwór. Wkładam do niego mój plecak (zmieścił się) a także i swoje nogi i aż do klatki piersiowej jestem schowany pod śpiworem. Mimo tego nie przestaje czuwać i tak do przyjazdu autobusu nie poddaję się objęciom Morfeusza. Okazuje się, ze spod dachu pod którym przeczekuje noc co jakiś czas spadają larwy jakiegoś owada. Na szczęście na mnie nic nie spadło. Pomimo tego, że jest 01 sierpnia, to noce są zimne. Szczególnie, ze jestem na wysokości ponad 800 m n. p. m. Także to, że wsunąłem się w śpiwór było bardzo dobrym rozwiązaniem.

Po spędzonym biwaku nachodzi mnie taka oto refleksja: czy nocowanie w taki sposób pod chmurką w jaki ja to uczyniłem to bezdomność, czy też wyższy poziom podróżowania (znamiona trampingu) ? Niech każdy sobie sam odpowie na to pytanie.

Po niezmrużeniu oczu tej nocy sądziłem, że drugiego dnia nie będę w stanie kontynuować wyprawy na odpowiednim poziomie i raczej może być bardzo ciężko dokończyć ją w założony sposób.

DZIEŃ 2. – 02.08.2016 R. (WTOREK)

Czas oczekiwania na przyjazd autobusu bardzo się dłużył, ale w końcu musiała przyjść ta właściwa godzina. Dlaczego wybrałem dłuższy kurs autobusu? Otóż właśnie dlatego, żeby odespać choć chwilę nieprzespaną noc.

Udałem się autobusem z Karlovej Studánki, rozc.Hvězda do miasta Bruntal. Tam dość nowoczesny budynek dworca autobusowego. Po dotarciu do Bruntalu, wsiadłem do pociągu jadącego do wsi Dětřichov nad Bystřicí. Z niej miałem zaplanowany atak szczytowy na kolejny szczyt tej wyprawy Slunečná (800 m n. p. m.). W pociągu pani konduktor zapytała mnie, dlaczego nie kupiłem biletu w kasie. Opowiedziałem, że prostu z autobusu udałem się od razu na pociąg. Nie było problemu, zapłaciłem za bilet normalną cenę. W pociągu zobaczyłem dwoje młodych ludzi, którzy tak jak ja mieli plecaki górskie, a dodatkowo jednemu z nich wystawał czekan. Pomyślałem sobie: kurcze, oni pewnie jadą w Alpy lub Dolomity, czy coś. A ja na szczyt Slunečná (800 m n. p. m.). Ach, zazdroszczę 🙂 .

Atak szczytowy zaczynam na wysokości 615 m n. p. m. Spodziewam się niezbyt wymagającego ataku. Góra niewysoka, uśredniony czas wejścia na szczyt to 1,26 h (ok. 4,2 km). Ale wiadomo góry to góry, ciężki plecak. W panoramie widać jakąś wieżę. Nie sądziłem, że to będzie właśnie Slunečná, ponieważ w opisach szczyty nigdy o niej nie wspominano.

Dětřichov ZST (615 m n. p. m.) - drogowskazy

Dětřichov ZST (615 m n. p. m.) – drogowskazy

Slunečná - widok z Dětřichova

Slunečná – widok z Dětřichova

Droga początkowo asfaltowa, później prowadzi do lasu. Szczyt ma być zalesiony, także wszystko się zgadza. Podejścia są naprawdę łagodne, jednak do pewnego momentu. Po pokonaniu większej części trasy następuję ostatni skręt szlaku w prawo. Tutaj zaczyna się naprawdę strome podejście. Przypomina mi to podejście czerwonym szlakiem na najwyższy szczyt Gór Wałbrzyskich – Borową (853 m n. p. m.). Podejście to trochę męczy, ale jakoś daję radę. W połowie podejścia widzę przed sobą prześwit. Wygląda to jak „światełko w tunelu”. To musi być szczyt i rzeczywiście. Zdobywam szczyt Slunečná (800 m n. p. m.), który jest moim 17 szczytem do Korony Sudetów, a drugim na tej wyprawie (z 5 do zdobycia). Robię go w 52  minut 🙂 .

''Światełko w tunelu'', czyli wejście na szczyt Slunečná

”Światełko w tunelu”, czyli wejście na szczyt Slunečná

Na szczycie oprócz dwóch tablic z nazwą i wysokością szczytu jest również coś w kształcie karmnika do ptaków, a w nim książeczka szczytowa, do której można się wpisać. A, więc korzystam z okazji i zostawiam tam od siebie parę słów. Na szczycie również znajduję się jakaś wieża elektrowni, czy coś. Co chwila włącza się jakiś wiatrak i hałasuje. Jednak nie można tam wejść do środka. Kawałek dalej od szczytu w kierunku NE, po lewej stronie możemy znaleźć jeszcze słupek triangulacyjny, oznaczający najwyższy punkt na szczycie.

Wieża elektrowni na szczycie Slunečná (800 m n. p. m.)

Wieża elektrowni na szczycie Slunečná (800 m n. p. m.)

Ja na Slunečná (800 m n. p. m.) (4)

Autor na szczycie Slunečná (800 m n. p. m.)

Wnętrze ''puszki szczytowej'' na szczycie Slunečná

Wnętrze ”puszki szczytowej” na szczycie Slunečná

Mój wpis do ''Książki wejść'' na szczycie Slunečná

Mój wpis do ”Książki wejść” na szczycie Slunečná

Po zdobyciu szczytu wracam drogą podejścia. Na stacji kolejowej dostaję pieczątkę na potwierdzenie zdobycia szczytu. Wracam pociągiem do Bruntalu. Tam korzystając z czasu oczekiwania na autobus udaję się do pobliskiego supermarketu, aby uzupełnić trochę jedzenia oraz co najważniejsze wody.

Dworzec autobusowy w mieście Bruntál

Dworzec autobusowy w mieście Bruntál

Jadę teraz do miasta Šumperk. Tam mam również dłuższy postój. Szukam jakieś pobliskiej restauracji, jednak nie udaję mi się to. Jestem wkurzony, bo poszedłem w miasto z ciężkim plecakiem, zmęczyłem się, a nie zjadłem nic. Wracam na dworzec i jem oprócz swojego prowiantu, jakiegoś prostego hot – doga. W Šumperku nachodzi mnie refleksja, że w chmurach na niebie w Czechach łatwiej rozpoznać kształty coś przypominające. Natomiast w Polsce trzeba się trochę natrudzić, aby coś w nich dostrzec. Ot i taka refleksja 🙂 .

Z Šumperku jadę do Cotkytle, ObÚ (tam kościół najprawdopodobniej Św. Jana Nepomucena), a stamtąd do Cotkytle, pod Lázkem. Będzie to moja baza wypadowa na kolejny szczyt do Korony Sudetów – Lázek (714 m n. p. m.). Jest to najniższy szczyt w Koronie Sudetów. I muszę przyznać, że najłatwiejszy do zdobycia, ponieważ podjeżdża się do niego na odległość ok. 790 m., a czas wejścia średnio nie przekracza 20 minut. Tym razem już mi się nie spieszy tak bardzo, bo i tak będę tutaj nocować (w Cotkytle), także idę spacerkiem na szczyt. Przed nim jeszcze skręcam w lewo od przystanku, ponieważ tam stoi pomnik.

Kościół Św. Jana Nepomucena w Cotkytle

Kościół Św. Jana Nepomucena w Cotkytle

Pomnik przy drodze w miejscu Cotkytle pod Lázkem

Pomnik przy drodze w miejscu Cotkytle pod Lázkem

Czego się spodziewam na szczycie Lázek (714 m n. p. m.)? Na pewno Reichlovej Chaty (nie wiem tylko w jakim jest stanie użytkowania) oraz pewnie tabliczki ze szczytem, czy coś. I rzeczywiście wspomniane elementy tam są oraz wieża telekomunikacyjna.

Lázek - widok ze szlaku na szczyt

Lázek – widok ze szlaku na szczyt

Autor na szczycie Lázek (714 m n. p. m.) i Reichlova Chata

Autor na szczycie Lázek (714 m n. p. m.) i Reichlova Chata

Pomnik na szczycie Lázek (714 m n. p. m.)

Pomnik na szczycie Lázek (714 m n. p. m.)

Widok ze szczytu Lázek (714 m n. p. m.)

Widok ze szczytu Lázek (714 m n. p. m.)

Na szczycie myślę powoli o miejscu noclegowym. Najlepszym rozwiązaniem wydaje mi się rozbicie namiotu właśnie na szczycie Lázek (714 m n. p. m.). Reichlova Chata czynna jest tylko w weekendy, także nie mam żadnej pieczątki za potwierdzenie wejścia. Na szczęście mam zdjęcia i to na pewno wystarczy. Wracam jednak do pętli autobusowej, gdzie jutro będę miał autobus, aby sprawdzić drogę dojścia z pętli na szczyt. Jednocześnie szukam gdzieś po bokach innego miejsca na namiot. Przecież nie chce drugi raz popełnić tego samego błędu i biwakować, gdzieś pod chmurką. Po drodze jednak nie znajduję jednak bezpiecznego miejsca, szczególnie że dookoła pasie się bydło (krowy, byki). Także bardzo małe pole manewru. Decyduję się więc na plan B. Pytam w kilku domach o nocleg. Jednak nikt nie jest przychylny mi go udzielić. Nawet namiotu rozbić gdzieś obok domu, w ogródku, czy coś. No cóż nie każdy lubi zbłąkanych wędrowców, czując w nich wrogość. Pomimo tego, że jestem zupełnie niegroźną osobą doskonale ich rozumiem. Jedna z osób mówi mi tylko, że gdzieś na dole jest jakiś pensjonat. Zawsze coś. Decyduję się trochę zejść i go poszukać. Jednak nie udaję mi się go odnaleźć. Za to przyjeżdża po mnie te osoba i mówi że źle poszedłem i podwozi mnie do tego pensjonatu. Zjeżdżamy ze 2 km w dół, w przeciwną stronę niż znajduję się Lázek (714 m n. p. m.). Tam dziękuję mu za pomoc i idę zapytać do pensjonatu o nocleg. W pensjonacie jestem zdziwiony, ponieważ właściciel mówi, że nie mają wolnego miejsca i nie ma możliwości noclegu. Na domiar złego osoba, która mnie to podwiozła już odjechała. No pięknie. A dodatkowo jestem teraz 2 km drogi w dół od pętli autobusowej w Cotkytle. I co teraz? Zbieram wszystkie siły i idę w górę, aby wrócić do pętli w Cotkytle. Widocznie moje zdenerwowanie działa na mnie aż tak motywująco, że nie odczuwam tego podejścia aż tak bardzo jak to zwykle bywa. W połowie drogi widzę drogowskaz, że szczyt się Lázek (714 m n. p. m.) jest ode mnie 2 km szlakiem żółtym. Jednak przy szlaku droga jest zagrodzona, ponieważ jest to teren prywatny. No pięknie. Idę dalej do pętli i w końcu tam docieram. Wiem, że tylko na szczycie jest w miarę „bezpieczne” miejsce do noclegu. Jednak do szczytu jest niezbyt krótka droga, a rano trzeba będzie jeszcze nią wrócić na autobus. Nie mam na to siły. Nawet jakbym miał mieć kolejny biwak gdzieś przy pętli, to nie mam siły aby iść na Lázek (714 m n. p. m.).

Pomnik Św. Jana Napomucena w Cotkytle

Pomnik Św. Jana Napomucena w Cotkytle

Siadam przy pętli autobusowej w Cotkytle, przed sklepem ogólnospożywczym i rozmyślam. Wiem, że na drugą noc bez zmrużenia oka nie mogę sobie pozwolić, ponieważ trzeci dzień wyprawy ma być tym najtrudniejszym i najbardziej wymagającym pod względem wytrzymałościowym.

Jest też inny problem. Po biwaku w Karlovej Studánce już wiem, że jeżeli jest bezpiecznie w okolicy i nikt się nie kręci to wkładając plecak do śpiwora można sobie pozwolić na odrobinę snu, choć tam z tego nie skorzystałem. Tutaj teoretycznie można tak zrobić, ponieważ jest to wieś, ale widziałem w niej kilka osób narodowości romskiej. Szczególnie, że zamieniłem z dwoma z nich kilka słów i wiedzieli, że nie mam gdzie iść. I może być gorzej? 😦  Przeklinam tą wyprawę i decyduję się na drugi z rzędu biwak na ławkach pod sklepem, przy pętli autobusowej w Cotkytle. Oczywiście przez obecność tych osób w pobliżu (nie mam do nich uprzedzeń, ale wiadomo jak to bywa) nie mogę po raz kolejny zasnąć, bo wiadomo jak będzie. Po raz kolejny pytam się, czy może być gorzej? Jak myślicie?

….

Oczywiście, że tak 🙂 . Po raz kolejny czuwam, aby nie zmrużyć oka, co może mieć złe konsekwencje dla mnie. Powoli mija czas, jak to bywa na takich biwakach. Robi się coraz ciemniej, wyobraźnia również zaczyna bardziej pracować. Co prawda nie mam żadnych zdjęć z tej nocy, ponieważ i tak zdjęcia nie oddają tego co było widać, także postaram się wszystko dokładnie opisać. A proszę mi uwierzyć na słowo, że działo się bardzo dużo i nie wszystko jestem w stanie racjonalnie wytłumaczyć.

Zacznę więc od opisania tego co jest wokół mnie. Na prawo stoi Obecni Urad i poczta w jednym wsi Cotkytle. Tam też przez całą noc coś hałasowało. Nie wiem, możliwe, że coś produkują (bo to tereny wsi). Możliwe że to traktor na polu za budynkiem. W każdym razie to nie był problem dla mnie. Przynajmniej wiem, że to jedna z tych rzeczy którą wymieniłem. Po lewej jakaś góra. O dziwo wszystko w nocy było dookoła z gór ciemne jak to w nocy bywa. Jednak w tym jednym miejscu nad tą górą cały czas była barwa pomarańczowa. Nie wiem dlaczego. Po prostu nie wiem. Zaś na wprost właśnie za drzewami, w odległości ok. 200 – 300 metrów ode mnie znajdują się właśnie domostwa osób romskich. Prawdopodobnie, a nawet na pewno siedzieli oni przed swoimi domostwami i rozmawiali całą noc, ponieważ było słychać ich głosy. Na pętli autobusowej na wprost i trochę po lewej stał autobus.

Okej, ale po co ten cały opis? Właśnie przyda się on przy dalszych opisach. Otóż na pętli autobusowej stała latarnia. Oczywiście jak w przypadku poprzedniego biwaku była całą noc oświetlona lecz wokół niej było widać tęczową obwódkę zwaną inaczej „glorią” lub też tzw. „efektem Halo”. Dziwne to jest dla mnie, ponieważ widziałem już to zjawisko wokół Słońca a nawet raz wokół pełni Księżyca. Ale wokół oświetlonej latarni efekt Halo widzę po raz pierwszy. A najczęściej takiemu zjawisku towarzyszy inne zwane „Widmem Brockenu”. Jest to zjawisko polegające na oglądaniu powiększonego, własnego cienia, najczęściej w górach i właśnie wokół tego cienia pojawia się tzw. „gloria”. Ale ja takiego cienia nie widziałem. Choć warunek taki, że pojawia się po deszczu był spełniony, ponieważ trochę wcześniej pokropiło. Na szczęście miałem daszek sklepu nad sobą. Szczególnie, że byłem teraz na wsi i można powiedzieć, ze to raczej góry nie były (gdzie, na pętli autobusowej ? ).

A teraz o dwóch rzeczach, których nie rozumiem. Tak jak wspomniałem na wprost ode mnie w odległości 300 metrów siedzieli Romowie. I patrząc się w ich stronę widziałem ich powiększone twarze. Tak jakby nie mieli tułowia. Hmm… może to jest to zaginione „Widmo Brockenu”?  Nie, bo to wtedy by musiał być mój cień, a nie innych twarze. Tak samo ich twarze pojawiły się na szybach autobusu, jakby byli w jego wnętrzu, a przecież autobus zamknięty w nocy na cztery spusty. No to w końcu co to? Nie wiem. Ktoś może pomyśleć brak snu i pewnie majaczy, przewidziało mu się. Nie, nie majaczę, widziałem dokładnie to co tu opisuję. Jednak najbardziej wg mnie niewytłumaczalna rzecz, a może wręcz przeciwnie najbardziej wytłumaczalna (oceńcie sami) to co widziałem 4 metry od miejsca ławek (biwaku) na których przeczekiwałem tą noc. Stoi tam coś w rodzaju małej zamurowanej studni. A na tej studni pojawiło się tuż po godz. 00:00 coś białego [ale przypadek 🙂 ]. Myślę sobie to nietoperz, ponieważ co jakiś czas przelatywały one nad pętlą autobusową. Ale to nie był nietoperz, ponieważ pomimo wielkości tego czegoś (małe, chude), było przeźroczyste. Powiedzcie mi, czy istnieje gatunek nietoperza, który jest dosłownie przeźroczysty? Jeśli tak, to dajcie mi znać na maila. Więc, co to? Nogi jakieś takie, jakby coś dopiero wyszło z jajka. Pisklę? Pisklę by hałasowało. Głowa jakby twarz chłopca z fryzurą na kreskówkowego Johnego Bravo. Tak bym to opisał co widziałem. I to dosłownie 4 metry ode mnie. Co jakiś czas zerkam na to, bo to ciekawe. Mam wrażenie, ze to zerka również na mnie. Aha i jeszcze jedno. Raczej z tej studni nie schodziło, bo to małe było. Jednak jak już zeszło to zbierało kawałki trawy przy tej studni. Co to było, no co? K…, ja to widziałem. Dlaczego ja? Co to było? Tyle pytań i tyle nie wiadomych. I to wszystko w jedną noc, w jednym miejscu. A mimo tego udało mi się przespać z plecakiem w śpiworze z 1,5 h. Zawsze coś. Po obudzeniu się wszystko co widziałem, to wciąż tam było. Oczywiście szczypałem się, przecierałem oczy itp., żeby zobaczyć czy to rzeczywiście prawda co widzę, ale tak, żadne omamy itp. K.., ale przygoda. Ja dziękuję za takie coś. I tak nastał dzień 3 wyprawy.

DZIEŃ 3. – 03.08.2016 R. (ŚRODA)

Oczywiście rano, gdy się zrobiło widno, to wszystkie zjawiska zniknęły. Dziwne. Wsiadam o 15:18 na autobus i jadę teraz do Štíty, škola i tam muszę podejść na inny przystanek w odległości ok. 140 metrów. Druga bateria w telefonie ma mi się za niedługo wyczerpać, także stracę stały dostęp do kontrolowania czasu. Coraz lepiej. Dodatkowo przypadkowo mylę kierunek przejścia na inny przystanek i docieram na jeszcze inny. Na szczęście po konsultacji z miejscową osobą oraz rozkładzie jazdy wywieszonym na przystanku jestem już spokojny, ponieważ doszedłem na jeszcze kolejny przystanek, przez który będzie przejeżdżać mój następny autobus. Jadę nim do Červená Voda, Dolní Orlice. Wg uśrednionego czasu na kolejny szczyt do Korony Sudetów – Jeřáb (1003 m n. p. m.) mam 2:29 h (6, 5 km). Wiem, że będzie to spory wysiłek, ponieważ samo przejście to prawie 2,5 h, a jeszcze odpoczynki itp. A jeszcze po południu mam zamiar zdobyć Śnieżnik (1424 m n. p. m.). Bardzo ciężki dzień przede mną. Wydaje mi się, że najtrudniejszy jaki miałem w górach. No na pewno jeden z nich. W końcu dwa szczyty do zrobienia w ciągu jednego dnia i do każdego trzeba spory kawałek podejść. Ale cóż zrobić. Próbuję!!!

Zaczynam w Červená Voda, Dolní Orlice. Początkowo idę asfaltem, nie przebiega tutaj szlak turystyczny. Wiem, że muszę w jednym miejscu skręcić w prawo, też na asfalt do części miejscowości Horni Orlice. Widzę tabliczkę właśnie z Horni Orlice, więc tam skręcam w prawo. Jednak nie ma początku tego szlaku jakiego się spodziewałem. Domyślam się, że mogłem źle skręcić i pewnie tak było. Trudno się nie pomylić, skoro jest droga bez żadnych wskazówek i oznaczeń. Mam przed sobą asfalt prowadzący do hotelu (nie ma na mapie go) oraz wejście do lasu. Idę, więc w las i widzę zjeżdżających małym pick – upem z niego pracowników leśnych. Zatrzymuję ich machając ręką, aby spytać ich o drogę na Jeřáb (1003 m n. p. m.). Tłumaczą mi, abym szedł prosto i tam będzie krzyżówka, a na niej iść w lewo. Super, dziękuję im za pomoc. Idę, więc w górę według otrzymanych wskazówek. Przechodzę 10 – 15 metrów i słyszę, że znajomi leśnicy zawracają w moją stronę. Schodzę im z drogi, aby mogli przejechać. Zatrzymują się ponownie obok mnie i pokazują, abym wskakiwał „na pakę” do tyłu, to mnie podrzucą. Bez wahania korzystam z tej mega – przyjemnej propozycji. Pierwszy raz w życiu jadę na przyczepie pick – upa. Trzeba się mocno trzymać, aby nie spaść. Na szczęście chwyt mam mocny od wspinania 🙂 .

Pracownicy dowożą mnie do skrzyżowania i tam widzę, że pojawia się szlak niebieski. Właśnie ten którego szukałem. No i super. Żegnam się z pracownikami i serdecznie im dziękuję. Być może uratowali mi wyprawę 🙂 . Idę dalej w lewo przed siebie i po pewnym czasie docieram do miejsca o nazwie Pod Kamenáčem (650 m n. p. m.).

Pod Kamenáčem (650 m n. p. m.) - tablica i drogowskazy

Pod Kamenáčem (650 m n. p. m.) – tablica i drogowskazy

Do kolejnego punktu widocznego na drogowskazie – Horní Orlice (Rozc.) – [761 m n. p. m.] mam 3 km. Pokonuję je w 31 minut.

Horní Orlice (Rozc.) - 761 m n. p. m.) - drogowskazy (1)

Horní Orlice (Rozc.) – 761 m n. p. m.) – drogowskazy

Tutaj robię sobie dłuższą przerwę (ze 20 minut) aby najeść się i uzupełnić płyny przed ostatnimi 3 km do szczytu Jeřáb (1003 m n. p. m.). Gdy tutaj szedłem, to trochę zmokłem, bo padało. Na szczęście jestem teraz pod wiatą, a w miedzy czasie przestaje padać. Nie zawsze musi być słoneczna pogoda w górach.

Pierwsze 1,5 km do szczytu to 104 metrów przewyższenia. W miarę łagodne, nie męczy zbyt bardzo. Natomiast ostatnie 1,5 km to 138 metrów przewyższenia. To już jest bardzo ostre podejście. Zmęczenie wyprawą daję się we znaki. Muszę liczyć kroki, aby dotrzeć na szczyt Jeřába (1003 m n. p. m.). Na podejściu mijam fajny, ułożony z kamieni pomniczek przedstawiający jakąś postać, czy coś podobnego, pomalowany na niebiesko (jak szlak, który prowadzi na szczyt). Łącznie wejście na szczyt zabiera mi ok. 2: 20 h, czyli prawie tyle ile uśredniony czas wejścia na szczyt. Jednak moje zmęczenie jest takie duże, że czas wejścia na ten szczyt oraz na następny – Śnieżnik (1424 m n. p. m.), traktuję jako sprawę drugorzędną. Osiągam swój 19 szczyt do Korony Sudetów – Jeřáb (1003 m n. p. m.). Szczyt jest zalesiony. Na szczycie oprócz tablicy z wysokością znajduję się też słupek triangulacyjny oraz książeczka pamiątkowa na wpisy. Również korzystam z jej i wpisuję parę słów od siebie.

Ja na szczycie Jeřáb (1003 m n. p. m.)

Autor na szczycie Jeřáb (1003 m n. p. m.)

Jeřáb (1003 m n. p. m.) - cały szczyt

Jeřáb (1003 m n. p. m.) – cały szczyt

Mój wpis do ''Książki wejść'' na szczycie Jeřáb (1003 m n. p. m.)

Mój wpis do ”Książki wejść” na szczycie Jeřáb (1003 m n. p. m.)

Niebieski pomnik z kamieni przy szlaku na Jeřáb (1003 m n. p. m.)

Niebieski pomnik z kamieni przy szlaku na Jeřáb (1003 m n. p. m.)

Po zdobyciu szczytu i krótkim odpoczynku wracam do miejsca Horní Orlice (Rozc.) – [761 m n. p. m.], a stamtąd czeka mnie zejście do miasta Králíky. W oddali widać jakiś klasztor oraz wieże widokową. Nie sądziłem wcześniej, że podczas zejścia przejdę obok tych dwóch miejsc.

Val (790 m n. p. m.) - widok z żółtego szlaku

Val (790 m n. p. m.) – widok z żółtego szlaku

Klášter Hedeč na Hora Matky Boží - widok ze szczytu Val (790 m.)

Klášter Hedeč na Hora Matky Boží – widok ze szczytu Val (790 m.)

Na wieżę widokową nie wchodzę, ponieważ nie mam na to czasu. Wieża widokowa, która jest po prawej stronie ode mnie jest nawet ciekawa. Wcześniej i tak widziałem Masyw Śnieżnika, w który będę się jeszcze dziś wybierał, że jest w chmurach. To samo bym dojrzał z tej wieży, także dużo wg mnie nie straciłem. Zaś po lewej stronie ode mnie jest duże pastwisko odgrodzone od drogi którą idę, elektrycznym pastuchem. A na pastwisku pełno krów oraz byki. W ramach bezpieczeństwa na tym odcinku złożyłem swoje kijki, aby niepotrzebnie nie hałasować i nie przeszkadzać szczególnie bykom. Jak później opowiadałem tą historię w schronisku „Na Śnieżniku”, to okazało się, że kijki to był najmniejszy problem. Większym problemem jest przecież kolor czerwony, którego podobno byki nienawidzą. A na sobie miałem przecież całą czerwoną kurtkę. A ja przeszedłem cały odcinek drogi obok pastwiska. Brawo ja 🙂 .

Gdy jestem obok klasztoru, to pojawia mi się piękny widok na miasto Králíky. Tam właśnie zmierzam. Wiem, że muszę zjeść porządny obiad w tym miejscu, ponieważ Śnieżnik (1424 m n. p. m.) – mój ostatni szczyt do zdobycia na tej wyprawie, będzie bardzo wymagającym celem.

Widok na Králíky z Klášter Hedeč na Hora Matky Boží

Widok na Králíky z Klášter Hedeč na Hora Matky Boží

W Králíky, obok dworca autobusowego z którego będę miał kolejny autobus znajduję restaurację „U Lipy”. Tam zamawiam dwa drugie dania oraz herbatę, aby mieć siłę na dalszą wyprawę. Nie wiem czy to wynika z odczuwania głodu, ale wydaje mi się, ze jem tutaj najpyszniejszego kotleta grillowanego jakiegokolwiek jadłem. Bardzo polecam to miejsce na obiad. Tak mi smakuję, że zostawiam im napiwek. I tutaj wychodzi mały paradoks dotyczący mnie. Oszczędzam pieniądze na noclegi, a zostawiam napiwek w restauracji. Jak to tak 🙂 ? Po prostu mi smakowało, to chciałem im w ten sposób podziękować.

Z Králíky jadę spóźnionym o 10 minut autobusem (to ten sam, co w dzień 1. w Lichkovie spóźnił się 20 minut). Także tym razem przyjechał szybciej :). Mam nieduży zapas czasu, ponieważ wysiadam w Branná, průtah, a tam mam tylko 22 minuty na kolejny autobus. Dodatkowo musze podejść tam na inny przystanek. Także już jestem 10 minut w plecy, więc mam 12 minut zapasu na zmianę przystanku. Gdy wysiadam w Branná, průtah idę w prawo io nie widzę spodziewanego przystanku. Pytam więc miejscowego, czy tam wyżej jest przystanek. Mówi, że tak, ale mi się jego nazwa nie zgadza z tym, co mam na swojej rozpisce. Nagle przypominam sobie, że dnia pierwszego widziałem odgałęzienie w drodze przy Branná, průtah w lewo (a nie  w prawo), które miało prowadzić do Starégo Města. Pytam więc, czy tam jest przystanek (pokazując na te odgałęzienie)? Również potwierdza. Dlatego też biegnę z tym ciężkim plecakiem w tamtą stronę i rzeczywiście jest przystanek. Okazuję się, że to ten którego szukałem. Pomyliłem lewą stronę z prawą. Widocznie źle na mapę spojrzałem. Trzeba dodać, że bateria w telefonie już mi padła i teraz o godzinę mogę pytać tylko ludzi spotkanych na szlakach. Tak też będę robił. Do autobusu mam 7 minut, także udało mi się zdążyć. Uff. Tak docieram do przystanku Staré Město, nám. Tam podziwiam ładny ratusz i ogólnie ładne miasto.

Ratusz w Starě Město pod Sněžníkem

Ratusz w Starě Město pod Sněžníkem

Jadę jeszcze stamtąd na ostatni przystanek, na jaki podjeżdża ten autobus do Staré Město, Stříbrnice, obchod. I z tego miejsca rozpoczynam atak szczytowy na Śnieżnik (1424 m n. p. m.). Jeżeli uda mi się go zdobyć, to będę miał na koncie 20 szczytów do Korony Sudetów oraz zrealizuję w pełni cel wyprawy, czyli zdobędę 5 szczytów do Korony Sudetów w ciągu trzech dni. Pogoda jest niezła. Jest duszno, przez co bardzo się męczę i pocę. Idę żółtym szlakiem. Po pewnym czasie dochodzę do Schroniska Návrši (TUR CH.) – 899 m n. p. m.). Tam uzupełniam wodę, która będzie mi potrzebna na jutrzejszy powrót do domu. Wodę na dzisiejszy atak szczytowy mam w plecaku.

Návrši (TUR CH.) - 899 m n. p. m.) - drogowskazy

Návrši (TUR CH.) – 899 m n. p. m.) – drogowskazy

Idę dalej i każdym miejscu, gdzie są tablice robię sobie krótki odpoczynek na uzupełnienie płynów. Od czasu do czasu trochę kropi deszcz. Śnieżnik nadal w chmurach. Gdy dochodzę do wysokości 1212 m n. p. m. (Stříbrnická (Sedlo) – (1212 m n. p. m.) pogoda psuję się nagle na tyle, że widoczność spada do 10 metrów, zaczyna wiać lekki wiatr oraz mży. Już wiem, że dalsza wędrówka nie będzie zbyt przyjemna oraz bardziej ryzykowna.

Stříbrnická (Sedlo) - (1212 m n. p. m.) - widok w kierunku NW

Stříbrnická (Sedlo) – (1212 m n. p. m.) – widok w kierunku NW

I tak mam dużo szczęścia z co najmniej 2 powodów. Po pierwsze dalsza droga wiedzie wzdłuż granicy, czyli mogę się sugerować słupkami granicznymi oraz drewnianymi żerdziami, które wyznaczają mi drogę na szczyt. Drugio powót to brak burzy ani tendecji do jej powstania. Gdyby tutaj mnie ona złapała to było by naprawdę źle.  Do niego mam jeszcze 2,5 km do szczytu, czyli sporo. Szczególnie, że odczuwam głód, duże zmęczenie oraz dają znać o sobie odciski na palcach u rąk oraz stóp. Ufam teraz swojemu nabytemu doświadczeniu oraz kurtce, która jak się okazało sprawdziła się w tych warunkach idealnie.

Docieram do miejsca o nazwie Franciska Chata, HS (1220 m n. p. m.). Tam jest książka pamiątkowa, na które umieszczam swój wpis.

Franciska Chata, HS (1220 m n. p. m.) - wpis do ''książki wejść''

Franciska Chata, HS (1220 m n. p. m.) – wpis do ”książki wejść”

Docieram do ruin schroniska Lichtenštejnovej chaty, kierując się za żerdziami i słupkami granicznymi. Podobnie gdzieś tutaj jest słynna figurka słonia. Jednak w tych warunkach nie udaje mi się jej odnaleźć. Stwierdzam również, że mimo zapasu czasu nie chowam się do ruin i nie przeczekuję pogody, bo nic nie wskazuję na jej poprawę.

Widok na drewniane żerdzie w okolicach Lichtenštejnovej chaty

Widok na drewniane żerdzie w okolicach Lichtenštejnovej chaty

Ruiny schroniska Lichtenštejnovej chaty

Ruiny schroniska Lichtenštejnovej chaty

Ostatnim przystankiem przed wejściem na Śnieżnik jest źródło rzeki Moravy. Wysokość 1380 m n. p. m. Do szczytu ostatnie ostre podejście. 0,5 km do szczytu.

Źródło rzeki Morava (Pramen Moravy) - (1380 m n. p. m.)

Źródło rzeki Morava (Pramen Moravy) – (1380 m n. p. m.)

Mijam się tutaj z dwoma Czechami. Sądząc po ich ubiorze (jeden krótki rękawek, drugi bluza i dresy oraz adidasy) są nieprzygotowani do wędrówki w górach, a co dopiero w taki warunkach jakie nastały teraz nad Śnieżnikiem. Po podejściu z 20 metrów odwracam się i widzę zrezygnowanie jednego z nich. Nawet jeżeli mam nie zdobyć szczytu Śnieżnika, to postanawiam zejść do nich i spytać: Czy nie potrzebują pomocy? Mówią, ze nie, że dadzą radę. Informuję ich, że w razie czego mają na tablicy numer do Horskiej Służby (czeski odpowiednik GOPR-U) oraz mogą się schronić w pobliskich ruinach schroniska, które niedawno mijałem. A skoro nie potrzebują pomocy, to żegnam ich i idę na szczyt.

Szczyt Śnieżnika (1424 m n. p. m.) jest zamglony. Z trudem dostrzegam poszczególne elementy, znajdujące się na jego obszarze. Największą uwagę przyciągają ruiny wieży widokowej. Inne to tablice szczytowe oraz kilka pomników i słupków.

Śnieżnik 1424 (1426) m n. p. m. (6)

Śnieżnik 1424 (1426) m n. p. m. (6)

Autor na szczycie Śnieżnika (1424 - 26 m n. p. m.)

Autor na szczycie Śnieżnika (1424 – 26 m n. p. m.)

Śnieżnik 1424 (1426) m n. p. m. (7)

Śnieżnik 1424 (1426) m n. p. m. (7)

Słupek graniczny oznaczający przejście graniczne polsko - czeskie

Słupek graniczny oznaczający przejście graniczne polsko – czeskie

W pewnym momencie, na szczycie dostrzegam rowerzystę. W takich warunkach wjechał? Gratulacje 🙂 .

Zejście ze szczytu zabiera mi dużo czasu. Zmęczenie, głód, odciski, orientacja. Idę wzdłuż czerwonych znaków. Jednak wiem, że w pewnym momencie muszę odbić w prawo na znaki zielone. Jednak nigdzie ich nie widzę, a już trochę zszedłem. Zrezygnowany staję przy jednym ze słupków granicznych. Podnoszę głowę i dostrzegam tablicę ze znakami zielonymi. Tylko przypadkowi dostrzegam, że akurat tam popatrzyłem i znalazłem ten drogowskaz. Dzięki temu udaję mi się dotrzeć do Schroniska „Na Śnieżniku”.

Drogowskaz wyznaczający zejście do schroniska ''Na Śnieżniku''

Drogowskaz wyznaczający zejście do schroniska ”Na Śnieżniku”

Schronisko ''Na Śnieżniku''

Schronisko ”Na Śnieżniku”

Od razu idę do recepcji, aby zamówić sobie 1 nocleg w schronisku oraz zamawiam obiad, który jest dla mnie konieczny. Powoli dochodzę do siebie i odpoczywam. Dostaję pokój 6 – osobowy, w którym są już 3 osoby: jedna para rowerzystów i inny chłopak. Szybko nawiązuję z nimi wspólny język. Naprawdę super ludzie. Oby takich więcej.

Gdy opowiadam, że zdobyłem 5 szczytów w 3 dni, gratulują mi. Jeden z nich oferuję mi podładowanie bateri do telefonu powerbankiem. Niestety wejście do mojego telefonu jest inne i nie ma takiej możliwości. No trudno. Jednak mam zapewnioną pobudkę rano, aby zdążył zejść do Międzygórze na autobus.

Gdy ogarniam się w schronisku zauważam, ze mam kleszcza na lewej łydce. Jak? Przecież miałem długie spodnie, buty za kostkę. A jednak. Widziałem przed wejściem do schroniska drugi budynek z logiem GOPR-u. Idę więc tam, aby uzyskać pomoc. Okazuję się, ze GOPR-u tam nie ma, najbliższa ich stacja w Międzygórzu ( 7 km stąd). Na szczęście gospodyni schroniska znajduję pęsetę, ale już samemu muszę pozbyć się kleszcza z mojej łydki. Poszło mi gładko. Kleszcz usunięty. Oczywiście potem dezynfekcja miejsca wczepienia kleszcza w skórę. Obecnie nie ma już prawie po nim śladu. Jestem zdziwiony, bo nigdy nie łapie kleszczy. A tu taka niespodzianka.

Po upragnionym prysznicu idę do bufetu i rozmawiam z moimi współlokatorami. Opowiadam im różne historie z wyprawy, oni opowiadają swoje. Naprawdę nasza rozmowa idzie świetnie. Gdy chwalę się, że jestem kursantem na przewodnika, to pytają mnie co mogą zobaczyć w Masywie Śnieżnika. Mówię im, że Trójmorski Wierch 1145 m n. p. m.) i jego wieża widokowa to podobno hit.

DZIEŃ 4. – 04.08.2016 R. (CZWARTEK)

Z samego rana, gdy tylko robi się widno ruszam w dół do Międzygórza, skąd mam autobus do Kłodzka. W Kłodzku sprawdzają przy wyjściu z autobusu bilety. Dziwne trochę nie? Idę na pociąg, którym jadę do Wałbrzycha. W pociągu podsłuchuję rozmowę Polaka mieszkającego na co dzień w Wiedniu. Mówi, że co wakacje przyjeżdża do Polski, która z roku na rok robi na nim piękne wrażenie. No cóż, nasz kraj rzeczywiście jest piękny.

W Wałbrzychu czekam trochę dłużej na kolejny pociąg i tam spotykam swojego kolegę z którym zamieniam parę słów. Nie ma to jak po 4 dniach pogadać z kimś znajomym :). I tak docieram szczęśliwie do domu nastawiając się na dłuższy odpoczynek i ostatniej wyprawie, mającej skończyć zdobywanie Korony Sudetów.

 

Reklamy